ten-kot-mnie-wkurwia blog

Twój nowy blog

Cholerne minus naście stopni. Nienawidzę mrozów. W tej kwestii jestem aż nazbyt solidarny z futrzatą rasą. Pałętają się tylko pod nogami i starają ogrzać o co popadnie. Ale sprawdzają się też jako termometr. Jak znajdziesz w łazience kota na kaloryferze to możesz dać głowę, że jest co najmniej -10 ;)

 

coś nie pasi?

 

Kocia ekstaza

23 komentarzy

Dziś na tapecie absolutnie rewelacyjny filmik z organoleptycznego testowania świeżej kocimiętki przez gromadę sierściuchów. Pal licho, że po hiszpańsku, ja spadłem z krzesła podczas oglądania :)

A tak przy okazji spytam: nie znacie może jakichś sposobów na zdobycie kocimiętki? Z chęcią wypróbowałbym na domowej brygadzie. Póki co od czasu do czasu im krople waleriana tu i tam wyleję i oglądam jak froterują podłogi, tudzież kostkę brukową. I’m evil ;) 

 

Leżymy se

 

Wakacje minęły w naszym kocim światku w miarę spokojnie. Futrzate czworonogi ani specjalnie nie dokazywały, ani specjalnie nie przeszkadzały, wylegiwały się tylko w słońcu udając elementy przydomowego skalniaka (swoją drogą nie wiedziałem, że przejawiają takie zdolności maskujące – kiedyś rzuciwszy patykiem w stronę ogródka zbaraniałem myśląc, że to kamień się poderwał i ucieka). Generalnie rzecz biorąc koty odzwyczaiły się od spania w domu, wylegiwania na miękkich kanapach, spania na parapetach i sikania od czasu do czasu do umywalki. Oczywiście trafiały się epizody wolności, które to oznaczały po prostu wizytę siostry w domu na parę dni. Rosła ona wtedy w śierściuszych oczach do rangi Kociego Mesjasza, który ręką swą władną nakarmił głodem ściśnięte żołądki, uwolnił uciśnione istosty spod tyranii antykocich dyktatorów i przygarnął uciśnione stworzonka pod ciepłą kołderkę niwecząc tym samym trud odzwyczajania sierściuchów od okupowania domu… Ale to temat na inną notkę, albowiem ostatnie dni obfitowały w intrygującą sytuację, którą roboczo nazwałem na poczekaniu „kocie ścieżki”. 

Otóż wyobraźmy sobie, że mieszkamy np. na wsi i posiadamy kota, który odwiedza nas czasami, my go nakarmimy, pogłaskamy, a kot, jak to kot, idzie sobie dalej i wraca kiedy mu się podoba. Co robimy jak np. kot nie przyjdzie jednego dnia? Nic, bo wiemy, że taka kocia natura i że jak mu się zechce to wróci, ot co. A co robią członkowie mojej rodziny kiedy kot nie pojawi się dnia następnego przy pysznej puszce kociego żarcia z Lidla za 1,98? Wszczynają panikę skali małego WTC (World Trade Center – rocznica blisko) i o tym właśnie chciałbym szerzej napisać. 

Przeczuwałem, że coś się święci, kiedy siostra nie chciała ze mną rozmawiać przez telefon tłumacząc się bardzo ważną sprawą. Wątpliwości moje rozwiał rodziciel rzucając na powitanie zdawkowe „- xxx zaginął”. „- Aha, no, tak, cześć, też miło cię widzieć”. Nie zareagowałem specjalnie panicznie, gdyż byłem pewien, że jeszcze rano widziałem sierćiucha drapiącego w zewnętrzną stronę szyby podczas spożywanego przeze mnie śniadania (tak, zajebisty mam widok o poranku, nie?). Panikować, bo kot się spóźnił na swoją codzienną porcję kociej karmy? Jak on mógł? A jakby rodziciel zakupił np. nowy koci hit z Biedronki o zawartości mięsa 0,005% a kot by go nie spróbował? Co by to było… No nic, z niektórymi się po prostu nie dyskutuje. Lekko nerwowa atmosfera unosiła się tego wieczora w domu a miły wieczór przerywany był błagalnymi wołaniami z balkonu „Kici kici, xxx wróć!”. Żyć nie umierać. Następnego dnia było stopniowo coraz gorzej. Sierściuch nie pojawił się na poranne karmienie. No jak on mógł? To już na pewno coś się musiało stać, na pewno. Siostra gotowa była porzucić wyjazd z domu i pracę, żeby tylko na klęczkach szukać kota pod wszystkimi krzakami w okolicy. Jednakże po solennych zapewnieniach rodziciela, że poruszy niebo i ziemię, aby xxx znów zagościł w naszej ostoi kociego spokoju, siostra pojechała w dal z miną psa, któremu zabrali ulubioną kość. No ale wróćmy na pole walki. Wróciwszy po pracy znów zostałem powitany miłym słowem w stylu „- xxx dalej się nie znalazł”. „- Tak tato, u mnie też wszystko w porządku”. Jako że pora była późna rodziciel ograniczył się do chodzenia z latarką wokół domu i wołania „kici kici” używając wszystkich możliwych akordów i akcentów zdaniowych… Raport zdany pospiesznie siostrze nie przyniósł rodzicielowi ukojenia. Niestety, ja jako bezduszna machina, która ma w nosie los kociego futra, zostałem niemal wyklęty za swoje stwierdzenie „- Jak chce to wróci”. Z każdym kolejnym dniem było coraz gorzej. Stopniowo kolejni sąsiedzi wciągani byli do wypełnienia ankiety „Widziałeś xxx? Tak/Nie. Kiedy ostatnio widziałeś xxx? Wczoraj/Dziś/W poprzednim życiu” itd. Nie chcąc zostać wypisanym z testamentu, chcąc nie chcąc musiałem również przyczynić się do akcji poszukiwań sierściucha. Rodziciel wybywszy na jeden wieczór hen daleko zostawił mi jako zadanie zaprzęgnięcie naszego psiego tropiciela (który tak na marginesie ma czasem problemy z wytropieniem własnej miski…) do poszukiwań. Ubrawszy się w bojowy rynsztunek godny Navy Seals, uzbroiwszy w dwie latarki, smycz i psa sztuk jeden otworzyłem bramy naszego domostwa, kiedy to oczom mym ukazała się nie kto inny a xxx siedzący jak gdyby nigdy nic na schodach i liżący sobie łapkę w geście „cholera, nudzi mi się to sobie łapkę poliżę”. Jego wzrok nie bił strachem po kilkudniowym pobycie poza domem, futro było na swoim dawnym miejscu, nie miał uszkodzonej żadnej partii ciała, nie przypalano go, nie skręcano, nie przywiązywano do samochodu i nie ciągnięto po ulicy, nie strzelano doń, nie wypalano oczu, nie wyrywano wąsów. Ogółem kot, jak to kot, miał wszystko w dupie i patrzył na mnie i na psa jak na kosmitę z „Kapuśniaczka” (taki film z de Fuinessem). Z kolei rodziciel po powrocie do domu miał minę jakby wygrał w totka po potrójnej kumulacji i niemal tańczył wokół domu chwaląc wszystkie możliwe bóstwa za pomoc w magicznym odnalezieniu kota. No cóż, chyba po prostu nigdy tak naprawdę nie zrozumiał znaczenia pojęcia „kocie ścieżki”. Amen.

 

Przepraszamy, ale sezon ogórkowy nie obfituje zbytnio w ekscytujące przeżycia z kociego świata. Bo w upał koty albo śpią, albo jedzą i nic więcej… Nawet próby sprowokowania ich spełzły na niczym a tylko zmarnowałem kilka garści kamyczków z przydomowego ogródka. Ale z racji posuchy w świecie realnym, większe pole do popisu mają zwierzęta wirtualne – jak donoszą wierne czytelniczki, czyli figamaga i Misotisa, w sieci pojawiła się trzecia część przygód Simona i jego kota, do obejrzenia której serdecznie zapraszam:

PS. Simon chyba powinien nauczyć się jednej z podstawowych technik sztuki domowego survivalu zwanej „rzut sierściuchem”. Może kiedyś ją nieco przybliżę ;) 

grass is always greener on the other side

Koty witają po kolejnej przerwie. Tak się czasem zdarza, że w kociej rodzinie wypada okres posuchy. W tejże konkretnej związane jest to z obecnością rodzicielki – właścicielki kotów – która po pojawieniu się w domu na kilka miesięcy przejmuje na siebie wszystkie obowiązki związane z odchowaniem kociej gromady (i chwała Jej za to!). Jednakże wszystko co dobre (dla kotów) szybko się kończy i wraz z wyjazdem rzeczonej Pani do cieplejszych krajów na bliżej nieokreślony czas następuje przejęcie pałeczki opiekuna m.in. przeze mnie (niestety – zarówno dla mnie jak i dla sierściuchów).

Pomijam już całkowite przestawienie trybu karmienia, o którym pisałem wcześniej, i które przez pierwsze tygodnie jest zmorą dla kotów. Pominę także brak skrupułów w wyrzucaniu sierściuchów z domu rankiem i wpuszczaniu do domu na noc. Przemilczę również brak reakcji na ocieranie, przewracanie się i błagalne miauczenie, które w kocich łepetynach powoduje niemałą konsternację. Ale nie mogę pominąć pewnego problemu, który wraz z nadejściem wiosny dotyczy chyba większości czworonożnej zwierzyny pałętającej się na zewnątrz domostw – kleszcze.

Dotychczas problem kleszczy nie był przeze mnie zbytnio zauważany – jeśli miano by mnie spytać czy nasze kłębki sierści na czterech łapach posiadają kleszcze odpowiedziałbym „nie zauważyłem”. Ale po głębszym zastanowieniu dotarło do mnie, że przecież jedną z ulubionych czynności rodzicielki jest niemalże rytualne wieczorne wyciąganie kleszczy z sierściuszych futer. Nic dziwnego, że nie zauważyłem nigdy żadnego kleszcza jeśli Pani wyciskała je z takim pietyzmem z jakim przedstawiciel subkultury w ortalionie z trzema paskami poleruje co wieczór lakier swojego 20-letniego be-em-wu. Jednakże, jak wspomniałem wyżej, Pani pojechała hen daleko a problem kleszczy został pozostawiony pozostałej części rodziny.

Z tego co udało mi się zaobserwować, wśród czterech przedstawicieli kociej rasy przynależnych do naszego domostwa, jeden z nich jest szczególnie podatny na atak krwiożerczych kleszczy. Nie wiem czy to jakaś wrodzona podatność, chęć bycia wyiskanym przez Panią, czy po prostu efekt jego wędrówki po całym mieście. Fakt pozostaje faktem, że kot wygląda wieczorem jak choinka tyle że rolę bombek pełnią nabrzmiałe od kociej krwi kleszcze… Dzielny Pan zdecydował, że spróbuje swoich sił w wyciskaniu kleszczy z kociego futra. Pełen współczucia (dla Pana) oglądałem ten spektakl przypominający próbę usunięcia wyrostka robaczkowego bez znieczulenia – przynajmniej kot właśnie w ten sposób reagował na wyciąganie kleszczy. Ale finał dowiódł skuteczności metody – kot był „czysty”, przynajmniej na jeden dzień…

Niestety, po kilku dniach, nie mogąc znieść widoku kota obwieszonego kleszczami i dźwięku miauków towarzyszącego iskaniu zdecydowałem wziąć sprawy w swoje ręce. Krótka i treściwa wizyta u weterynarza zakończyła się uszczupleniem mojego portfela o dobre kilkadziesiąt złociszy i zakupieniu środka o wdzięcznej nazwie „Anty-kleszcz” (w wolnym tłumaczeniu). Niestety przy obecnym trybie życia sierściuchów czyli całodziennych wędrówkach po okolicy, porcja przeznaczona dla normalnego kota nie sprawdziła się. Kolejna wizyta u weterynarza przyniosła rozwiązanie w postaci środka na kleszcze dla psów o wadze 20-40 kg, co szybko przekalkulowałem i zakupiłem dwie sztuki, aby obdzielić całą kocią gromadę.

Nie wiem do końca z czego składa się tenże środek, bo na opakowaniu zastępczym, które dostałem nie było śladu po składzie. Mniemam, że skład nie jest zbyt przyjemny, bo po pierwsze śmierdzi niemiłosiernie, a po drugie koty reagują na kontakt środka ze skórą jakby ktoś im rozgrzane żelazo doń przykładał. Szybka konsultacja z weterynarzem zakończyła się uspokajającym „tak ma być”, więc w akompaniamencie miauczeń, kwileń, wrzasków, prychów i drapania udało nam się w niecałą godzinę „namaścić” wszystkie cztery sztuki.

Mijają cztery dni od kontaktu sierściuchów ze środkiem na kleszcze i jeszcze żaden z nich nie przyniósł na sobie do domu tejże małej, wrednej, krwiopijczej bestii. Ponoć środek ma wystarczyć na miesiąc, ale naszym daję maksymalnie dwa tygodnie. Nawet jestem w stanie przełknąć cenę tegoż środka jeśli tylko dalej będzie sprawiał, że te wredoty będą wracać do domu „czyste”.

PS. Ten najbardziej zakleszczony dwa dni po nasmarowaniu środkiem sprezentował mi żółtą i śmierdzącą niespodziankę pod drzwiami. To chyba była jego wersja protestu i wyrażenia swojej dezaprobaty dla braku kleszczy i końca iskania. „W nagrodę” został utaplany w swojej niespodziance i wyrzucony na noc z domu. Zbytnio się tym nie przejął, ba, nawet ochoczo podreptał w stronę lasu. Zacząłem się zastanawiać czy aby o to mu właśnie nie chodziło…

Z podziękowaniami dla figamaga za link oto kolejna porcja przygód rysunkowego kota :)

Tylko tak sobie myślę, że nasze sierściuchy po wejściu do domu stanęłyby sznurem znów pod drzwiami miaucząc i błagając, żeby je wypuścić na zewnątrz…

Pozwólcie, że tym razem jedynie podzielę się linkiem:

link

Zachęcam i namawiam do komentowania. Ja jeszcze jestem w fazie szoku i zbierania szczęki z podłogi :) Bo generalnie nie wiem komu współczuć bardziej – kotom czy właścicielom.


PS:
W sumie to pocieszające, że istnieją ludzie bardziej zwichrowani na punkcie kotów niż moja rodzinka… ;)

Postanowiłem, że rozpocznę nowy mini-cykl. Jeszcze nie wiem jak długi, ale patrząc na pogarszające się stosunki z sierściuchami wydaje się, że może liczyć co najmniej kilka odcinków… Roboczo nazwałem go „Szczyty szczytów” czyli koty w sytuacjach i miejscach, o których nawet filozofom się nie śniło. Na początek: „Kot w pralce”. Od momentu kiedy go tam zauważyłem odczuwam dziwny dyskomfort w robieniu prania…

ojciec prać?

Był to zwyczajny dzień. Dzień jak każdy inny. No, może pogoda była trochę gorsza niż ogólnie przyjęty późnojesienny standard. Aha, i wedle zapewnień gadających głów z TV mieliśmy lepszą i piękniejszą Polskę uszczuploną o 1/2 narodowego zapasu kaczek. A tak poza tym – zwyczajny dzień.
Na ten oto zwyczajny dzień mieliśmy zapowiedzianą wizytę domową weterynarza. I proszę nie myśleć, że to z uwagi na wygodę czworonożnych darmozjadów. Po prostu po ostatnich przejściach z wożeniem całego zapasu sierściuchów do weterynarza zdecydowaliśmy jednogłośnie, że lepiej dla ludzkości będzie jeśli to weterynarz przyjedzie do nich. Bilans w postaci kocich szczyn wsiąkających w tapicerkę samochodu, podrapanych drzwi, kociego futra w wentylacji i śladów pazurów na szybach skutecznie potrafi wyleczyć z chęci wożenia sierściuchów gdziekolwiek i kiedykolwiek.

Godzina 18:00. Dzwonek do drzwi. Wchodzi weterynarz, rozkłada swój „zestaw dręczyciela”, przygotowuje igły, strzykawki, ręczniki etc. i prosi, żeby po kolei rzucać mu koty do szczepienia. I w tym momencie pojawia się problem… Kotów brak. Szybkie oględziny domostwa pozwalają wykluczyć schowanie się sierściuchów w pokojach (przezornie zamknęliśmy wszystkie możliwe drzwi). Niestety, po kilku minutach poszukiwań efekt jest nadal taki sam – kotów brak. Uzbrojeni w dodatkową parę rąk weterynarza rozpoczynamy wspólne szukanie. I po kilku chwilach lekarz jako pierwszy wyławia sierściucha – spod zlewu, zza kosza na śmieci. Kot ów po przyłapaniu w swojej kryjówce dał za wygraną i pozwolił się nawet bez większych ceregieli zaszczepić. Pozostały jeszcze dwie ukryte sztuki. Po bezowocnym kilkukrotnym przeszukaniu domu oddaliśmy się kontemplacji zbiorowej i uradziliśmy, że jako pomoc zastosujemy zasadę „najciemniej pod latarnią”. I udało się – drugi sierściuch okazał się siedzieć zaledwie kilka metrów od nas ukryty w donicy z dużym kwiatem. Dla lepszego kamuflażu wykopał sobie mały dołek, zwinął się w kłębek i przysypał się ziemią. Nie zapomniał też o ukryciu twarzy, żeby go przypadkiem nie zdradziły ślepia. Na nic to się jednak nie zdało i został wydarty z donicy szybko, ale niestety nie bezboleśnie. Weterynarzowi już się rana zagoiła, na kwiatku szramy od pazurów nadal zostały. Po zakończeniu wbijania igieł w drugiego kota, nieco zrezygnowani brakiem efektów poszukiwań ostatniego sierściucha postanowiliśmy dać za wygraną i uznać, że albo uciekł z domu w ciągu dnia albo poznał sztukę kamuflażu w stopniu godnym wojownika ninja. Już mieliśmy żegnać lekarza, już wciskał się w płaszcz kiedy nagle zauważyliśmy stojący na szafie wazon, który wyraźnie rozpoczął się miarowo chwiać. Zainteresowani tym niecodziennym zjawiskiem przysunęliśmy krzesła, aby ujrzeć rozpłaszczonego do granic możliwości kota wciśniętego w wąską wnękę na szczycie szafy i rozłożonego pomiędzy szklanymi wazonami. 7/10 punktów za pomysłowość, 10/10 punktów za wykonanie – kot miał może max 5 cm wysokości z czego 4 cm zajmowały rozszerzone do granic możliwości ślepia łypiące na trójkę oprawców stojących nad szafą. Aby ściągnąć ostatniego sierściucha z szafy musieliśmy pożegnać się z dwoma nawet ładnymi wazonami i przełknąć potrójną szramę z kocich pazurów z boku szafy. W kota wstąpił jakiś demon, ponieważ żeby go utrzymać trzeba go było złapać za wszystkie kończyny i przydusić do podłogi kolanem a i tak wierzgał jak opętany. Dobrze, że wtedy już wiedzieliśmy, że przydadzą się rękawice murarskie. Zastrzyki zostały zrobione, kot wypuszczony, weterynarz pożegnany i wraz z zamknięciem za nim drzwi w domu zapadła głucha cisza. Byliśmy bardzo ciekawi jak sierściuchy będą zachowywać się po takich przejściach. Nie musieliśmy czekać długo na odpowiedź – po kilku chwilach trójka darmozjadów z wyraźnym uśmiechem na twarzy jak gdyby nigdy nic rozpoczęła taniec „daj mi żreć” połączony z „popatrz jakim jestem ślicznym koteckiem” uzupełnionym o „patrz jak wycieram brud z podłogi”. Powiedzieć, że koty są dziwne to naprawdę mało…

PS: I skąd do cholery te czworonożne zakały wiedzą, że przyszedł do nich weterynarz? Listonosza uwielbiają, gość z gazowni im wisi, sąsiada czasem przywitają. A weterynarz nawet jak w cywilu przyjdzie to sieje wśród nich popłoch jak antychryst… Ech, ciężkie życie :)

Na fali poprzedniego wpisu rozpocząłem intensywne poszukiwania interesujących filmików z kotami w roli głównej. Jak się okazało większość z nich głównie opiera się na zasadzie „oto mój koteczek, patrzcie jaki jest fajny i jak robi …” (w miejsce kropek wpisujemy dowolną czynność). Niestety, większość z nich okazała się być mało interesująca i jeszcze mniej zabawna. Ale był jeden, który mnie powalił i szczerze ubawił – bo takiego kociego luzaka to dawno nie widziałem. A twórcom filmu „Garfield” zalecam odszukanie właściciela tego stwora i natychmiastowy angaż w kolejnych częściach ;)


P.S. Brakuje mu tylko pilota w łapie ;)


  • RSS